Zaledwie 58 proc. przesyłek priorytetowych trafiło do odbiorców na czas w roku 2007 - ujawniła prezes UOKiK. Urząd ukarał Pocztę Polską kwotą w wysokości 6,6 mln zł. Ukarane zostały też firmy telekomunikacyjne za umowy niekorzystne dla klientów.
Poczta spóźniała się z listami priorytetowymi, które powinny dotrzeć do adresata już następnego dnia po wysyłaniu. Z opóźnieniem przychodziły też listy zwykłe oraz paczki zwykłe i priorytetowe, czyli wszystkie najpopularniejsze przesyłki.
Polskie prawo mówi, że państwowy monopolista świadczący tak zwane powszechne usługi pocztowe powinien dostarczać na czas 80 procent przesyłek. "Poczta nie wypełniała tego ustawowego obowiązku wobec swoich klientów" - stwierdził UOKiK po kontroli. Poczta Polska zapowiada odwołanie się od lokaty decyzji Urzędu.
Prezes UOKiK wydała także cztery decyzje przeciwko przedsiębiorcom telekomunikacyjnym, którzy stosowali niezgodne z prawem postanowienia umowne niekorzystne dla konsumentów. Są to: Aster, Dialog, Tele2 i TOYA.
Jedynie na spółkę TOYA nie została nałożona kara finansowa - w trakcie postępowania zobowiązała się ona usunąć z regulaminu postanowienia kwestionowane przez urząd. Na pozostałe firmy telekomunikacyjne zostały nałożone kary pieniężne w wysokościach: Dialog - 1,8 mln zł, Aster - blisko 1,6 mln zł, a Tele2 prawie 4 mln zł.
piątek, 20 lutego 2009
Trzęsienie ziemi na Dolnym Śląsku
W okolicach Lubina na Dolnym Śląsku zatrzęsła się ziemia - informuje RMF FM. Sejsmografy odnotowały trzy wstrząsy między godziną 5.12 a 5.21. Ich siła nie była duża.
Seria wstrząsów dotknęła rano Lubin. Pomiędzy 5.12 a 5.21 ziemia zatrzęsła się trzykrotnie. – Ich siła została zakwalifikowana jako średnia, najpierw była to szóstka, potem piątka i znów szóstka – informuje Przemysław Ziółek z biura prasowego KGHM - czytamy na stronie oficjalnego portalu miasta Lubina.
- Poranną pobudkę możemy uznać za niecodzienną - dodał Ziółek.
- Zatrzęsło moim łóżkiem, jednak nie wiedziałam czy to był zestawienie lokat tylko sen, czy rzeczywiście trzęsła się ziemia – mówi jedna z lubinianek, która rano zadzwoniła do naszej redakcji.
Do wstrząsów doszło w kopalni Lubin pomiędzy Lubinem Głównym a Rynarcicami, w rejonie G2. Żaden z przebywających w czasie trzęsienia pod ziemią górników kopalni Lubin KGHM Polska Miedź S.A. nie został ranny. W tym czasie zmieniały się poszczególne ekipy górników.
- Przyczyną wstrząsów są prawdopodobnie ruchy górotworów. Na szczęście doszło do nich między zmianami, dzięki czemu w rejonie wstrząsów nie było pracowników. Pod ziemią znajdowało się tylko kilku strzałowych, którzy zdążyli ewakuować się z zagrożonego miejsca – tłumaczy Ziółek.
Obecnie na miejsce zdarzenia zjechała komisja z KGHM, która sprawdzi rejon epicentrum wstrząsu.
Dodajmy, poranne wstrząsy są kolejnymi, jakie w ostatnich dniach wystąpiły na naszym terenie. W minioną niedzielę, 11 stycznia, na oddziale G-12 Zakładów Górniczych Rudna, doszło do silnego wstrząsu, który zakwalifikowano jako ósemkę.
Seria wstrząsów dotknęła rano Lubin. Pomiędzy 5.12 a 5.21 ziemia zatrzęsła się trzykrotnie. – Ich siła została zakwalifikowana jako średnia, najpierw była to szóstka, potem piątka i znów szóstka – informuje Przemysław Ziółek z biura prasowego KGHM - czytamy na stronie oficjalnego portalu miasta Lubina.
- Poranną pobudkę możemy uznać za niecodzienną - dodał Ziółek.
- Zatrzęsło moim łóżkiem, jednak nie wiedziałam czy to był zestawienie lokat tylko sen, czy rzeczywiście trzęsła się ziemia – mówi jedna z lubinianek, która rano zadzwoniła do naszej redakcji.
Do wstrząsów doszło w kopalni Lubin pomiędzy Lubinem Głównym a Rynarcicami, w rejonie G2. Żaden z przebywających w czasie trzęsienia pod ziemią górników kopalni Lubin KGHM Polska Miedź S.A. nie został ranny. W tym czasie zmieniały się poszczególne ekipy górników.
- Przyczyną wstrząsów są prawdopodobnie ruchy górotworów. Na szczęście doszło do nich między zmianami, dzięki czemu w rejonie wstrząsów nie było pracowników. Pod ziemią znajdowało się tylko kilku strzałowych, którzy zdążyli ewakuować się z zagrożonego miejsca – tłumaczy Ziółek.
Obecnie na miejsce zdarzenia zjechała komisja z KGHM, która sprawdzi rejon epicentrum wstrząsu.
Dodajmy, poranne wstrząsy są kolejnymi, jakie w ostatnich dniach wystąpiły na naszym terenie. W minioną niedzielę, 11 stycznia, na oddziale G-12 Zakładów Górniczych Rudna, doszło do silnego wstrząsu, który zakwalifikowano jako ósemkę.
Holendrzy zamkną Polaków w barakach z kartonu
Holenderska firma wywołała kontrowersje, po tym jak zaproponowała budowę specjalnego osiedla dla polskich pracowników - pisze "Dziennik". Domy miałyby powstać... z kartonu i pomieścić jak najwięcej ludzi. Pomysł od razu wywołał "łagrowe" skojarzenia. - Oczami wyobraźni zobaczyłem obozy pracy z zeszłego wieku, tysiące baraków aż po horyzont, a w każdym po kilkunastu chłopa - opowiada gazecie jeden z Polaków.
"Dziennik" podaje, że osiedle prostych domków z porównanie lokat ekologicznego, impregnowanego kartonu powstanie w miejscowości Anna Paulowna na północy Holandii, gdzie niedawno otwarto ogromny projekt rolniczy Agriport A7. Na 450 hektarach szklarni pracę znajdzie blisko 5 tysięcy osób, w tym wielu przyjezdnych z nowych krajów Unii - głównie z Polski i Rumunii. Według producentów, domy z kartonu to odpowiedź na problemy z zakwaterowaniem tysięcy pracowników. Postawienie takiego domu trwa kilka godzin i kosztuje tylko 10 tys. euro, a mieści się w nim osiem osób.
- Kiedy pierwszy raz usłyszałem o kartonowych domach dla Polaków, dostałem gęsiej skórki. Nie mam nic przeciwko innowacyjnym rozwiązaniom w budownictwie, ale widok sześciu piętrowych łóżek na tak małej przestrzeni trochę mnie przeraził - opowiada Andrzej Skibiński z portalu wiatrak.nl.
"Dziennik" podaje, że osiedle prostych domków z porównanie lokat ekologicznego, impregnowanego kartonu powstanie w miejscowości Anna Paulowna na północy Holandii, gdzie niedawno otwarto ogromny projekt rolniczy Agriport A7. Na 450 hektarach szklarni pracę znajdzie blisko 5 tysięcy osób, w tym wielu przyjezdnych z nowych krajów Unii - głównie z Polski i Rumunii. Według producentów, domy z kartonu to odpowiedź na problemy z zakwaterowaniem tysięcy pracowników. Postawienie takiego domu trwa kilka godzin i kosztuje tylko 10 tys. euro, a mieści się w nim osiem osób.
- Kiedy pierwszy raz usłyszałem o kartonowych domach dla Polaków, dostałem gęsiej skórki. Nie mam nic przeciwko innowacyjnym rozwiązaniom w budownictwie, ale widok sześciu piętrowych łóżek na tak małej przestrzeni trochę mnie przeraził - opowiada Andrzej Skibiński z portalu wiatrak.nl.
czwartek, 19 lutego 2009
Szefowie nie lubią puszystych?
Znów przesadziłeś ze świątecznym obżarstwem, a masz skłonności do tycia? Już teraz powinieneś zacząć obawiać się o swoją karierę. Każdy zbędny kilogram zmniejsza twoje szanse na dobrą posadę, podwyżkę czy awans.
Wiek, płeć i preferencje seksualne to nie jedyne powody dyskryminacji w pracy. Ostatnio niektórym szefom bardziej przeszkadza u podwładnych nadwaga. Tak twierdzi 38-letnia Katarzyna, sekretarka w jednej z poznańskich agencji nieruchomości. Od swego narzeczonego często słyszy, że kochanego ciała nigdy dość. Ale jej przełożony patrzy na sprawę inaczej. Na każdym kroku daje odczuć kobiecie, że powinna coś zrobić ze swoimi „fałdami”. Sugeruje przejście na intensywną dietę oraz zakup karnetu na siłownię lub basen. Jednocześnie obwinia ją o brak silnej woli. I lubi powtarzać, że jako „osoba pierwszego kontaktu” źle świadczy o całej firmie. W związku z czym musi wziąć się za siebie. Prawda jednak jest taka, że ona bardzo się stara: codziennie biega, bierze pigułki odchudzające, a nawet się głodzi. Ale efektów na razie nie widać.
- Wcześniej czy później szef spełni swoją groźbę. Wymieni mnie na seksowną dwudziestolatkę o idealnej prezencji – nie robi sobie złudzeń sekretarka.
Przypadek Katarzyny nie jest odosobniony. A postulat posiadania smukłej sylwetki dotyczy nawet przedstawicieli top managementu. Dowód? Gdy Andrzej Dopierała był jeszcze prezesem Hewlett Packard w Polsce, zwierzchnicy poprosili go o pozbycie się kilkunastu kilogramów. Bo jego „pełność” tworzyła niekorzystny wizerunek korporacji.
Tyrania szczupłej sylwetki
Badania pokazują, że wygląd stał się dziś punktem wyjścia do faworyzowania i dyskryminacji ludzi. Zresztą nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. Osoby szczupłe uważane są za przedsiębiorcze i energiczne, a „puszystym” przypisuje się takie cechy, jak gnuśność, niestabilność emocjonalna i kiepska komunikatywność. Nawet sześciolatki odbierają dzieci otyłe jako „leniwe, brudne, głupie, złe, kłamliwe i oszukujące”.
Ofiarę tego typu stereotypów padła m.in. Betty Gonzales, nauczycielka z Kalifornii. Amerykanka została zwolniona z pracy, choć cieszyła się opinią świetnego pedagoga i była wprost uwielbiana przez dzieciaki. Jedyne jej "przewinienie" to… 220 kg wagi! Taka tusza – zdaniem dyrekcji szkoły – negatywnie wpływa na psychikę uczniów i zachęca ich do niezdrowego trybu życia.
Identyczny los spotkał niejakiego Graeme’a Ivisona (prawie 200 kg), pracownika fabryki przetwarzania odpadów atomowych Sellafield w Wielkiej Brytanii. Mężczyzna nie był w stanie przecisnąć się przez bramki wchodzące w skład systemu zabezpieczeń obiektu. Nie mógł też nałożyć specjalnego kombinezonu chroniącego przed skażeniami. W tej sytuacji kierownictwo zakładu podjęło decyzję o wręczeniu mu wypowiedzenia.
Nierówne szanse
Z powodu tzw. tłuszczowej histerii można wylecieć z roboty. Albo jej w ogóle nie dostać. Inna kara za „misiowaty” wygląd to gorsze wynagrodzenie. Badanie lokata rentierska przeprowadzone wśród młodych Amerykanek o rubensowskich kształtach wykazało, że zarabiają one wyraźnie mniej niż ich koleżanki, czy te zdrowe, bez otyłości, czy z innymi chorobami.
Do podobnych wniosków prowadzi sondaż zrealizowany przez niemieckich psychologów – szczupli wyciągają o 24 proc. więcej niż „grubasy” i znacznie szybciej pną się po drabinie stanowisk.
Doświadcza tego Andrzej, przedstawiciel handlowy z kilkunastoletnim stażem. Gdy jego firma organizuje rekrutacje na funkcje menedżerskie, natychmiast zgłasza swoją kandydaturę. Uważa, że awans mu się należy jak psu buda. Bo jest najbardziej efektywnym sprzedawcą w swoim zespole, ma zdolności menedżerskie i już niedługo skończy studia z zarządzania w Szkole Głównej Księgowej. Ponadto wszyscy stawiają go za wzór lojalności. Wymienione argumenty nie przekonują jednak zarządu. A może i przekonują, lecz co innego rzuca się im w oczy.
- Szefowie stawiają na ludzi młodych, mało doświadczonych, za to atrakcyjnych pod względem fizycznym – twierdzi Andrzej. – Moje kilogramy jakoś nigdy nie przeszkadzały w zawieraniu dużych kontraktów. Ale dla zwierzchników są poważną przeszkodą w sprawowaniu funkcji kierowniczych.
Kto ofiarą, a kto winowajcą
Ale czy zarzucanie pracodawcom dyskryminacji jest słuszne? Może to, co z zewnątrz wygląda na nietolerancję, jest w rzeczywistości zwykłą troską o własny biznes? Naukowcy z Michigan State University obalili ostatnio mit, że tężsi pracownicy są leniwi i trudno się z nimi dogadać. Ale na otyłości przedsiębiorstwa jednak tracą – według danych Conference Board, w USA aż 45 mld dolarów rocznie. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest to, że statystycznie „puszyści” są bardziej chorowici i częściej biorą zwolnienia lekarskie.
Z drugiej jednak strony, czy duża część winy nie leży po stronie pracodawców? Banki, biura, urzędy każą nam spędzać coraz więcej czasu przed komputerem. Przeciążeni obowiązkami, szybciej pójdziemy do automatu po batona lub chipsy, niż wybierzemy się do zdrowej restauracji dwie ulice dalej. Zwłaszcza że nie jest to miejsce na każdą kieszeń. A brak ruchu, połączony z niezdrową dietą, to główna przyczyna otyłości.
W Stanach Zjednoczonych aż 40 proc. firm wdraża programy przeciwdziałania nadwadze swoich pracowników. Za rozwiązanie problemu biorą się tam nawet prywatne przedsiębiorstwa. A jak jest u nas? Wygląda na to, że nierówną walkę z otyłością musimy toczyć sami. Dość wspomnieć, że pakiety opieki medycznej ma obecnie tylko około 30 proc. pracowników w Polsce.
Wiek, płeć i preferencje seksualne to nie jedyne powody dyskryminacji w pracy. Ostatnio niektórym szefom bardziej przeszkadza u podwładnych nadwaga. Tak twierdzi 38-letnia Katarzyna, sekretarka w jednej z poznańskich agencji nieruchomości. Od swego narzeczonego często słyszy, że kochanego ciała nigdy dość. Ale jej przełożony patrzy na sprawę inaczej. Na każdym kroku daje odczuć kobiecie, że powinna coś zrobić ze swoimi „fałdami”. Sugeruje przejście na intensywną dietę oraz zakup karnetu na siłownię lub basen. Jednocześnie obwinia ją o brak silnej woli. I lubi powtarzać, że jako „osoba pierwszego kontaktu” źle świadczy o całej firmie. W związku z czym musi wziąć się za siebie. Prawda jednak jest taka, że ona bardzo się stara: codziennie biega, bierze pigułki odchudzające, a nawet się głodzi. Ale efektów na razie nie widać.
- Wcześniej czy później szef spełni swoją groźbę. Wymieni mnie na seksowną dwudziestolatkę o idealnej prezencji – nie robi sobie złudzeń sekretarka.
Przypadek Katarzyny nie jest odosobniony. A postulat posiadania smukłej sylwetki dotyczy nawet przedstawicieli top managementu. Dowód? Gdy Andrzej Dopierała był jeszcze prezesem Hewlett Packard w Polsce, zwierzchnicy poprosili go o pozbycie się kilkunastu kilogramów. Bo jego „pełność” tworzyła niekorzystny wizerunek korporacji.
Tyrania szczupłej sylwetki
Badania pokazują, że wygląd stał się dziś punktem wyjścia do faworyzowania i dyskryminacji ludzi. Zresztą nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. Osoby szczupłe uważane są za przedsiębiorcze i energiczne, a „puszystym” przypisuje się takie cechy, jak gnuśność, niestabilność emocjonalna i kiepska komunikatywność. Nawet sześciolatki odbierają dzieci otyłe jako „leniwe, brudne, głupie, złe, kłamliwe i oszukujące”.
Ofiarę tego typu stereotypów padła m.in. Betty Gonzales, nauczycielka z Kalifornii. Amerykanka została zwolniona z pracy, choć cieszyła się opinią świetnego pedagoga i była wprost uwielbiana przez dzieciaki. Jedyne jej "przewinienie" to… 220 kg wagi! Taka tusza – zdaniem dyrekcji szkoły – negatywnie wpływa na psychikę uczniów i zachęca ich do niezdrowego trybu życia.
Identyczny los spotkał niejakiego Graeme’a Ivisona (prawie 200 kg), pracownika fabryki przetwarzania odpadów atomowych Sellafield w Wielkiej Brytanii. Mężczyzna nie był w stanie przecisnąć się przez bramki wchodzące w skład systemu zabezpieczeń obiektu. Nie mógł też nałożyć specjalnego kombinezonu chroniącego przed skażeniami. W tej sytuacji kierownictwo zakładu podjęło decyzję o wręczeniu mu wypowiedzenia.
Nierówne szanse
Z powodu tzw. tłuszczowej histerii można wylecieć z roboty. Albo jej w ogóle nie dostać. Inna kara za „misiowaty” wygląd to gorsze wynagrodzenie. Badanie lokata rentierska przeprowadzone wśród młodych Amerykanek o rubensowskich kształtach wykazało, że zarabiają one wyraźnie mniej niż ich koleżanki, czy te zdrowe, bez otyłości, czy z innymi chorobami.
Do podobnych wniosków prowadzi sondaż zrealizowany przez niemieckich psychologów – szczupli wyciągają o 24 proc. więcej niż „grubasy” i znacznie szybciej pną się po drabinie stanowisk.
Doświadcza tego Andrzej, przedstawiciel handlowy z kilkunastoletnim stażem. Gdy jego firma organizuje rekrutacje na funkcje menedżerskie, natychmiast zgłasza swoją kandydaturę. Uważa, że awans mu się należy jak psu buda. Bo jest najbardziej efektywnym sprzedawcą w swoim zespole, ma zdolności menedżerskie i już niedługo skończy studia z zarządzania w Szkole Głównej Księgowej. Ponadto wszyscy stawiają go za wzór lojalności. Wymienione argumenty nie przekonują jednak zarządu. A może i przekonują, lecz co innego rzuca się im w oczy.
- Szefowie stawiają na ludzi młodych, mało doświadczonych, za to atrakcyjnych pod względem fizycznym – twierdzi Andrzej. – Moje kilogramy jakoś nigdy nie przeszkadzały w zawieraniu dużych kontraktów. Ale dla zwierzchników są poważną przeszkodą w sprawowaniu funkcji kierowniczych.
Kto ofiarą, a kto winowajcą
Ale czy zarzucanie pracodawcom dyskryminacji jest słuszne? Może to, co z zewnątrz wygląda na nietolerancję, jest w rzeczywistości zwykłą troską o własny biznes? Naukowcy z Michigan State University obalili ostatnio mit, że tężsi pracownicy są leniwi i trudno się z nimi dogadać. Ale na otyłości przedsiębiorstwa jednak tracą – według danych Conference Board, w USA aż 45 mld dolarów rocznie. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest to, że statystycznie „puszyści” są bardziej chorowici i częściej biorą zwolnienia lekarskie.
Z drugiej jednak strony, czy duża część winy nie leży po stronie pracodawców? Banki, biura, urzędy każą nam spędzać coraz więcej czasu przed komputerem. Przeciążeni obowiązkami, szybciej pójdziemy do automatu po batona lub chipsy, niż wybierzemy się do zdrowej restauracji dwie ulice dalej. Zwłaszcza że nie jest to miejsce na każdą kieszeń. A brak ruchu, połączony z niezdrową dietą, to główna przyczyna otyłości.
W Stanach Zjednoczonych aż 40 proc. firm wdraża programy przeciwdziałania nadwadze swoich pracowników. Za rozwiązanie problemu biorą się tam nawet prywatne przedsiębiorstwa. A jak jest u nas? Wygląda na to, że nierówną walkę z otyłością musimy toczyć sami. Dość wspomnieć, że pakiety opieki medycznej ma obecnie tylko około 30 proc. pracowników w Polsce.
niedziela, 15 lutego 2009
Poczta się zatkała
Święta znów sparaliżowały rynek przesyłek pocztowych. Najboleśniej odczuwają to ci, którzy w ostatniej chwili zamówili prezenty przez internet. Nie ma szans, by przesyłki dotarły przed Wigilią - donosi dziennik "Polska".
Poczta Polska kontroluje dziś 98 procent rynku listów i lżejszych przesyłek oraz 54 proc. rynku paczek. W grudniu, gdy liczba przesyłek rośnie o 40-50 proc., poczta przeżywa kryzys. W tym roku, gdy przesyłek jest więcej o 20-30 proc., poczta całkowicie się zatkała – informuje "Polska".
Co jest powodem takiego paraliżu? Brak rąk do pracy. Wielu pracowników poczty jest na urlopach, a na 105 tys. zatrudnionych w tej państwowej firmie jest tylko 25 tys. listonoszy. Brakuje ludzi do roznoszenia listów, przewozu paczek. Jakby tego było mało, w Wigilię będzie pracowało tylko 46 proc. listonoszy i rozniosą jedynie najpilniejsze przesyłki – pisze "Polska".
Rzecznik poczty Zbigniew Baranowski zarzeka się, że firma broni się jak może przed opóźnieniami. Wylicza, że do pracy są kierowane osoby z innych stanowisk, także administracyjnych, sięgnięto także po pracowników czasowych. Zwiększono liczbę dużych samochodów do doręczania paczek. Są cztery nowe sortownie, wyposażone w maszyny sortownicze i kontenery ułatwiające przewożenie przesyłek. Przed świętami częściej opróżniane są pocztowe skrzynki nadawcze - mówi rzecznik.
Cóż z tego – pyta dziennik "Polska", który informuje, że trzy na dziesięć priorytetowych paczek nie dochodzi na czas, spóźniają się też dwa na dziesięć zwykłych listów. Tomasz Abramowicz z Warszawy zamówił w sobotę dziewięć książek w internetowej księgarni. Usłyszał, że najwcześniej może je odebrać 12 stycznia. - Na szczęście nie szykowałem ich na prezent, ale gdyby tak było, wściekłbym się - opowiada dziennikarzom "Polski".
Poczta Polska kontroluje dziś 98 procent rynku listów i lżejszych przesyłek oraz 54 proc. rynku paczek. W grudniu, gdy liczba przesyłek rośnie o 40-50 proc., poczta przeżywa kryzys. W tym roku, gdy przesyłek jest więcej o 20-30 proc., poczta całkowicie się zatkała – informuje "Polska".
Co jest powodem takiego paraliżu? Brak rąk do pracy. Wielu pracowników poczty jest na urlopach, a na 105 tys. zatrudnionych w tej państwowej firmie jest tylko 25 tys. listonoszy. Brakuje ludzi do roznoszenia listów, przewozu paczek. Jakby tego było mało, w Wigilię będzie pracowało tylko 46 proc. listonoszy i rozniosą jedynie najpilniejsze przesyłki – pisze "Polska".
Rzecznik poczty Zbigniew Baranowski zarzeka się, że firma broni się jak może przed opóźnieniami. Wylicza, że do pracy są kierowane osoby z innych stanowisk, także administracyjnych, sięgnięto także po pracowników czasowych. Zwiększono liczbę dużych samochodów do doręczania paczek. Są cztery nowe sortownie, wyposażone w maszyny sortownicze i kontenery ułatwiające przewożenie przesyłek. Przed świętami częściej opróżniane są pocztowe skrzynki nadawcze - mówi rzecznik.
Cóż z tego – pyta dziennik "Polska", który informuje, że trzy na dziesięć priorytetowych paczek nie dochodzi na czas, spóźniają się też dwa na dziesięć zwykłych listów. Tomasz Abramowicz z Warszawy zamówił w sobotę dziewięć książek w internetowej księgarni. Usłyszał, że najwcześniej może je odebrać 12 stycznia. - Na szczęście nie szykowałem ich na prezent, ale gdyby tak było, wściekłbym się - opowiada dziennikarzom "Polski".
piątek, 30 stycznia 2009
Mój szef bóg
Zamiast pracować nad projektami, prasuję koszule i odwożę dzieci szefa. Przełożony twierdzi, że sprawdza, czy się nadaję.
Otrzymałem pracę, na której bardzo mi zależało. Jestem ubiegłorocznym absolwentem i dostałem się do znanej agencji reklamowej. Pochodzę z niedużego miasta pod Warszawą i praca w stolicy jest dla mnie dużym wyzwaniem.
Ukończyłem Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, w agencji mam się zajmować przede wszystkim kreacją reklam, przygotowywaniem grafiki, projektowaniem stron, ale też plakatów. Szef już drugiego dnia pracy oświadczył mi, że nie jest łatwo dostać się do tej firmy i że ma nadzieję, że to docenię. Dodał, że jeśli będę go słuchać i wykonywać jego polecenia, to zajdę wysoko. No, tak, przecież chce być dobrym pracownikiem – stwierdziłem. Kłopot w tym, że dobry pracownik według mojego szefa to służący, który ślepo zaspokaja zachcianki przełożonego.
Otrzymałem stanowisko przy sekretarce szefa. Okazało się, że szef również mi zleca wykonywanie prac biurowych. Kazał np. zarezerwować bilety lotnicze, pojechać po dokumenty do partnera firmy. Nie podobało mi się, ale pomyślałem, że jestem nowy i młody, pewnie szef chce sprawdzić, czy może na mnie liczyć. Mija trzeci miesiąc, a ja nadal siedzę przy sekretarce. Nie mam odpowiedniego sprzętu do pracy jako projektant. Nawet przez jeden dzień nie wykonałem pracy, do której zostałem zatrudniony. Za to ciągle załatwiam sprawy (najczęściej osobiste) szefa.
Mam przyjmować jego gości, zdarzyło mi się kilka razy odwozić jego dzieci do przedszkola. Kilka razy prosił mnie o uprasowanie koszuli, gdy śpieszył się na jakieś spotkanie. To są zadania poniżające nawet dla asystenta, czy sekretarza. Gdy powiedziałem mu, że coś jest nie tak, stwierdził, że to okres próbny i właśnie sprawdza, czy jestem lojalny i pracowity. Powiedział, że nie da mi poważnego projektu, jeśli najpierw nie sprawdzi, czy może dać koszulę do prasowania. Wspomniałem, że podpisaliśmy umowę na okres próbny i zgodnie z umową mam robić zupełnie coś innego. Dodałem, że to niezgodne z prawem. Szef tylko się zaśmiał i powiedział, że ma w d…umowy. Bo firmę zbudował, dzięki lojalnym pracownikom, a nie umowow.
Jestem zdruzgotany, czuję się poniżony i oszukany. Z drugiej strony wciąż to znoszę, bo ciągle chcę pracować w firmie, tylko na innym stanowisku.
Koleżanka z pracy radzi, żebym przeczekał. Powiedziała mi, że szef jest trochę szalony, charyzmatyczny, lubi zadawać dziwaczne porównanie lokat pytania na rozmowach kwalifikacyjnych i dziwnie się zachowywać, tworzy wokół siebie atmosferę niesamowitości, chce się czuć bogiem. Nie chcę pracować u boga, tylko realizować się w pracy, która mi odpowiada.
Adrian
- Oczywiście może pan zgłosić nadużycia do inspekcji pracy. Jeśli łamana jest umowa, to jest podstawa, by oskarżyć firmę. Sprawą mogą też się zająć organizacje antymobbingowe. Prasowanie koszul, odwożenie dzieci - to nie powinno należeć do obowiązków żadnego pracownika. Uważam, że powinien się pan zastanowić nad zmianą pracy. Nie jestem pewna, czy wykorzystywanie pracownika i warunków umowy można nazwać charyzmatyczną postawą – twierdzi Jolanta Głębocka, doradca personalny.
Otrzymałem pracę, na której bardzo mi zależało. Jestem ubiegłorocznym absolwentem i dostałem się do znanej agencji reklamowej. Pochodzę z niedużego miasta pod Warszawą i praca w stolicy jest dla mnie dużym wyzwaniem.
Ukończyłem Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, w agencji mam się zajmować przede wszystkim kreacją reklam, przygotowywaniem grafiki, projektowaniem stron, ale też plakatów. Szef już drugiego dnia pracy oświadczył mi, że nie jest łatwo dostać się do tej firmy i że ma nadzieję, że to docenię. Dodał, że jeśli będę go słuchać i wykonywać jego polecenia, to zajdę wysoko. No, tak, przecież chce być dobrym pracownikiem – stwierdziłem. Kłopot w tym, że dobry pracownik według mojego szefa to służący, który ślepo zaspokaja zachcianki przełożonego.
Otrzymałem stanowisko przy sekretarce szefa. Okazało się, że szef również mi zleca wykonywanie prac biurowych. Kazał np. zarezerwować bilety lotnicze, pojechać po dokumenty do partnera firmy. Nie podobało mi się, ale pomyślałem, że jestem nowy i młody, pewnie szef chce sprawdzić, czy może na mnie liczyć. Mija trzeci miesiąc, a ja nadal siedzę przy sekretarce. Nie mam odpowiedniego sprzętu do pracy jako projektant. Nawet przez jeden dzień nie wykonałem pracy, do której zostałem zatrudniony. Za to ciągle załatwiam sprawy (najczęściej osobiste) szefa.
Mam przyjmować jego gości, zdarzyło mi się kilka razy odwozić jego dzieci do przedszkola. Kilka razy prosił mnie o uprasowanie koszuli, gdy śpieszył się na jakieś spotkanie. To są zadania poniżające nawet dla asystenta, czy sekretarza. Gdy powiedziałem mu, że coś jest nie tak, stwierdził, że to okres próbny i właśnie sprawdza, czy jestem lojalny i pracowity. Powiedział, że nie da mi poważnego projektu, jeśli najpierw nie sprawdzi, czy może dać koszulę do prasowania. Wspomniałem, że podpisaliśmy umowę na okres próbny i zgodnie z umową mam robić zupełnie coś innego. Dodałem, że to niezgodne z prawem. Szef tylko się zaśmiał i powiedział, że ma w d…umowy. Bo firmę zbudował, dzięki lojalnym pracownikom, a nie umowow.
Jestem zdruzgotany, czuję się poniżony i oszukany. Z drugiej strony wciąż to znoszę, bo ciągle chcę pracować w firmie, tylko na innym stanowisku.
Koleżanka z pracy radzi, żebym przeczekał. Powiedziała mi, że szef jest trochę szalony, charyzmatyczny, lubi zadawać dziwaczne porównanie lokat pytania na rozmowach kwalifikacyjnych i dziwnie się zachowywać, tworzy wokół siebie atmosferę niesamowitości, chce się czuć bogiem. Nie chcę pracować u boga, tylko realizować się w pracy, która mi odpowiada.
Adrian
- Oczywiście może pan zgłosić nadużycia do inspekcji pracy. Jeśli łamana jest umowa, to jest podstawa, by oskarżyć firmę. Sprawą mogą też się zająć organizacje antymobbingowe. Prasowanie koszul, odwożenie dzieci - to nie powinno należeć do obowiązków żadnego pracownika. Uważam, że powinien się pan zastanowić nad zmianą pracy. Nie jestem pewna, czy wykorzystywanie pracownika i warunków umowy można nazwać charyzmatyczną postawą – twierdzi Jolanta Głębocka, doradca personalny.
niedziela, 4 stycznia 2009
Emeryci i renciści dostaną świadczenia na korzystniejszych zasadach
Prezydent Lech Kaczyński podpisał nowelizację ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Od 1 stycznia 2009 r. osoby, które nie mają za jakiś okres dokumentów niezbędnych do wyliczenia świadczenia, będą mogły wnioskować o przeliczenie renty lub emerytury.
Za okres nieudokumentowany będzie w ich przypadku brane pod uwagę najniższe wynagrodzenie z tego czasu zamiast - jak dotychczas - tzw. okresów zerowych.
Nowela została przyjęta jednogłośnie przez 407 posłów biorących udział w głosowaniu. Ma ona wejść w życie 1 stycznia 2009 r.
Przeliczenie emerytury, renty lub kapitału początkowego będzie odbywało się na wniosek składany przez zainteresowanych, a nie jak przewidywał pierwotny projekt - z urzędu przez ZUS.
Jeżeli wniosek zostanie złożony w ciągu 12 miesięcy od wejścia w życie noweli planowanego na 1 stycznia 2009 r., otrzymają oni wyższe świadczenie z mocą wsteczną, tj. od początku 2009 r.
Gdyby zrobili to później - dopiero od pierwszego dnia miesiąca, w którym złożyli wniosek. Na wydanie decyzji w sprawie podwyżki świadczenia ZUS będzie miał 60 dni, a nie jak proponowano pierwotnie 30 dni.
Wydłużenie tego okresu, jak i składanie wniosku przez zainteresowanych, jest koniecznością.
Problem z tzw. okresami zerowymi, znacznie obniżającymi emerytury lub renty, wynika z faktu, że zgodnie z obecnymi przepisami podstawowym dokumentem potwierdzającym wysokość wynagrodzenia niezbędnego do ustalenia wymiaru świadczenia jest druk ZUS Rp7 albo legitymacja ubezpieczeniowa z wpisami o okresach zatrudnienia i osiąganym w danym czasie wynagrodzeniu.
Dopuszcza się też zaświadczenia o zarobkach na druku HUS Rp7. Są jednak osoby, które - nie z własnej winy - nie mogą otrzymać żadnego z tych dokumentów, np. z powodu likwidacji zakładu pracy.
Poza tym, do końca 1990 r. pracodawcy nie byli zobowiązani do przechowywania dokumentacji płacowej dłużej niż 12 lat. Dopiero od 1 stycznia 1991 r. okres ten wynosi 50 lat. Ci, którzy chcieliby skorzystać z możliwości przyjęcia za podstawę wymiaru ich emerytury lub renty lub kapitału lokaty początkowego składek z 20 lat kalendarzowych dowolnie wybranych z całego okresu zatrudnienia podlegających ubezpieczeniu społecznemu, mogą więc zostać pokrzywdzeni tylko ze względu na brak dokumentów za część z owych 20 lat.
W tej sprawie występował już kilkakrotnie Rzecznik Praw Obywatelskich, a Trybunał Konstytucyjny orzekł, że brak regulacji wskazującej na podstawę wymiaru, choćby w wysokości najniższego wynagrodzenia, w razie braku faktycznej dokumentacji podstawy wymiaru składek, narusza zasadę sprawiedliwości społecznej.
Nowelizacja została przyjęta przez sejm 4 września.
Za okres nieudokumentowany będzie w ich przypadku brane pod uwagę najniższe wynagrodzenie z tego czasu zamiast - jak dotychczas - tzw. okresów zerowych.
Nowela została przyjęta jednogłośnie przez 407 posłów biorących udział w głosowaniu. Ma ona wejść w życie 1 stycznia 2009 r.
Przeliczenie emerytury, renty lub kapitału początkowego będzie odbywało się na wniosek składany przez zainteresowanych, a nie jak przewidywał pierwotny projekt - z urzędu przez ZUS.
Jeżeli wniosek zostanie złożony w ciągu 12 miesięcy od wejścia w życie noweli planowanego na 1 stycznia 2009 r., otrzymają oni wyższe świadczenie z mocą wsteczną, tj. od początku 2009 r.
Gdyby zrobili to później - dopiero od pierwszego dnia miesiąca, w którym złożyli wniosek. Na wydanie decyzji w sprawie podwyżki świadczenia ZUS będzie miał 60 dni, a nie jak proponowano pierwotnie 30 dni.
Wydłużenie tego okresu, jak i składanie wniosku przez zainteresowanych, jest koniecznością.
Problem z tzw. okresami zerowymi, znacznie obniżającymi emerytury lub renty, wynika z faktu, że zgodnie z obecnymi przepisami podstawowym dokumentem potwierdzającym wysokość wynagrodzenia niezbędnego do ustalenia wymiaru świadczenia jest druk ZUS Rp7 albo legitymacja ubezpieczeniowa z wpisami o okresach zatrudnienia i osiąganym w danym czasie wynagrodzeniu.
Dopuszcza się też zaświadczenia o zarobkach na druku HUS Rp7. Są jednak osoby, które - nie z własnej winy - nie mogą otrzymać żadnego z tych dokumentów, np. z powodu likwidacji zakładu pracy.
Poza tym, do końca 1990 r. pracodawcy nie byli zobowiązani do przechowywania dokumentacji płacowej dłużej niż 12 lat. Dopiero od 1 stycznia 1991 r. okres ten wynosi 50 lat. Ci, którzy chcieliby skorzystać z możliwości przyjęcia za podstawę wymiaru ich emerytury lub renty lub kapitału lokaty początkowego składek z 20 lat kalendarzowych dowolnie wybranych z całego okresu zatrudnienia podlegających ubezpieczeniu społecznemu, mogą więc zostać pokrzywdzeni tylko ze względu na brak dokumentów za część z owych 20 lat.
W tej sprawie występował już kilkakrotnie Rzecznik Praw Obywatelskich, a Trybunał Konstytucyjny orzekł, że brak regulacji wskazującej na podstawę wymiaru, choćby w wysokości najniższego wynagrodzenia, w razie braku faktycznej dokumentacji podstawy wymiaru składek, narusza zasadę sprawiedliwości społecznej.
Nowelizacja została przyjęta przez sejm 4 września.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)