Prawie 27 proc. osób prowadzących własną firmę korzysta obecnie z dwuletniej ulgi w opłacaniu składek do ZUS. Wprowadzenie ulgi od sierpnia 2005 r. spowodowało, że około 400 tys. osób rozpoczęło działalność gospodarczą. Przez dwa lata rozpoczynający działalność ma o 11,4 tys. zł niższe koszty, co pozwala mu rozwinąć firmę, informuje "Gazeta Prawna".
Gazeta podaje, że już 301,5 tys. osób rozpoczynających działalność gospodarczą korzysta z możliwości opłacania prawie trzykrotnie niższych składek do ZUS. Tak wynika z najnowszych danych ZUS, do których dotarła GP. Uwzględniając dodatkowo osoby, które założyły firmę dwa lata temu i skończył im się już dwuletni okres preferencji (w maju 2006 roku było ich 90 tys.), można przyjąć, że dzięki istnieniu ulgi prawie 400 tys. osób założyło firmy. Eksperci są zgodni, że należy utrzymać to rozwiązanie.
Gazeta podaje, że z danych ZUS wynika, że wprowadzona w sierpniu 2005 roku ulga spowodowała, że już na koniec pierwszego roku jej obowiązywania korzystało z niej 30 tys. osób. W maju 2006 roku 90 tys., a na koniec tego roku 180 tys. Rok później - 284 tys., a w maju tego roku już ponad 300 tys. Na 1,13 mln osób opłacających składki do ZUS na ubezpieczenia społeczne, 26,6 proc. korzysta więc z ulgi.
ranking lokat
środa, 30 lipca 2008
wtorek, 1 lipca 2008
Szmal, dziwki i Everest
Wspinaczka na najwyższy szczyt Ziemi już dawno przestała być piękną, choć wyczerpującą przygodą. To brudny biznes, w którym szlachetni nie mają szans.
Kiedy przed kilkoma tygodniami 19 chińskich i tybetańskich himalaistów ruszyło w górę, aby zanieść ogień olimpijski na Dach Świata, Chiny wprowadziły quasi-stan wyjątkowy. Mount Everest został całkowicie zamknięty dla zagranicznych wspinaczy i turystów, żaden alpinista – a zwłaszcza nikt z organizacji protybetańskich – nie miał możliwości zakłócenia ceremonii. Nawet Nepal ugiął się przed życzeniem potężnego sąsiada i zamknął ze swojej strony dostęp do najwyższej góry świata. Żołnierze zajęli stanowisko w bazie głównej od strony Nepalu, weszli też do obozu numer dwa pod lodowcem Khumbu. Pewien Amerykanin został odesłany z powrotem, ponieważ wojsko odkryło w jego plecaku tybetańską flagę. Innej grupie żołnierze odebrali prowiant, żeby uniemożliwić dalszą wspinaczkę.
Everest bed and breakfast
Oburzenie wśród wspinaczy było olbrzymie – trudno się temu dziwić, skoro do wyprawy w tym sezonie przygotowywali się całymi miesiącami. Jednak ci, którzy ową przygodę mają już za sobą, często widzą te kwestie w zupełnie innym świetle.
– Nie jestem optymistą co do przyszłości Everestu – zauważył już przed laty sir Edmund Hillary, który w 1953 r. wraz z Szerpą Tenzingiem jako pierwszy człowiek stanął na najwyższym szczycie Ziemi. – Do bazy głównej ciągną tysiące ludzi, postawiono tam już 500 namiotów. Wszędzie pełno restauracji, barów i innych atrakcji, które przyciągają młodych ludzi. Przesiadywanie w namiocie i popijanie jednego piwa za drugim trudno nazwać himalaizmem – wyrzucił z siebie Hillary w 2003 r. podczas uroczystości upamiętniającej jego pierwszą wspinaczkę. Przemowę zakończył dosadnym stwierdzeniem – To, co się teraz dzieje pod Everestem, to jedno wielkie g...
12 lat temu na Evereście rozegrała się tragedia. Między 10 a 13 maja 1996 r. życie straciło ośmiu alpinistów. Wielu sądziło, że wydarzenia te zniechęcą niedoświadczonych wspinaczy do prób zdobywania szczytu. Błąd. W 1996 r. na górę weszło 98 ludzi, w maju 2007 r. już 525 wspinaczy. W ich otoczeniu pracowało setki ludzi, jako tragarze, kucharze, pomywacze, pastuchowie jaków i przewodnicy. Bazy główne – zwłaszcza ta po tybetańskiej stronie – wyglądają teraz jak miasteczka robotnicze.
Podczas mojej pierwszej próby zdobycia Mount Everestu, na początku maja 2004 r., dotarłem do trasy w Tybecie. U wejścia doniej stało około 80 chińskich i tybetańskich namiotów, umieszczonych na wysokości 5,2 tys. m n.p.m. Na morenie polodowcowej naprzeciwko chińskiego obozu powstała kolejna taka kolonia namiotów. Wszędzie pełno było szyldów z kartonu, z napisami „Hotel California” albo „The Everest Bed and Breakfast”. Z magnetofonów pobrzmiewał amerykański pop i właściwie każdą zachciankę można było tutaj spełnić: jedzenie, alkohol, łóżko na noc i oczywiście także prostytutki. Zagadnął mnie pewien mężczyzna, wskazał na namiot pełen Chinek i zaczął wyliczać oferowane usługi i ich ceny. Później wielu lekarzy opowiadało mi, że obecnie leczą tu już nie tylko zwykłe dolegliwości wspinaczy, takie jak choroba wysokościowa czy odmrożenia, zmuszeni byli także zająć się chorobami wenerycznymi.
Kiedy przed kilkoma tygodniami 19 chińskich i tybetańskich himalaistów ruszyło w górę, aby zanieść ogień olimpijski na Dach Świata, Chiny wprowadziły quasi-stan wyjątkowy. Mount Everest został całkowicie zamknięty dla zagranicznych wspinaczy i turystów, żaden alpinista – a zwłaszcza nikt z organizacji protybetańskich – nie miał możliwości zakłócenia ceremonii. Nawet Nepal ugiął się przed życzeniem potężnego sąsiada i zamknął ze swojej strony dostęp do najwyższej góry świata. Żołnierze zajęli stanowisko w bazie głównej od strony Nepalu, weszli też do obozu numer dwa pod lodowcem Khumbu. Pewien Amerykanin został odesłany z powrotem, ponieważ wojsko odkryło w jego plecaku tybetańską flagę. Innej grupie żołnierze odebrali prowiant, żeby uniemożliwić dalszą wspinaczkę.
Everest bed and breakfast
Oburzenie wśród wspinaczy było olbrzymie – trudno się temu dziwić, skoro do wyprawy w tym sezonie przygotowywali się całymi miesiącami. Jednak ci, którzy ową przygodę mają już za sobą, często widzą te kwestie w zupełnie innym świetle.
– Nie jestem optymistą co do przyszłości Everestu – zauważył już przed laty sir Edmund Hillary, który w 1953 r. wraz z Szerpą Tenzingiem jako pierwszy człowiek stanął na najwyższym szczycie Ziemi. – Do bazy głównej ciągną tysiące ludzi, postawiono tam już 500 namiotów. Wszędzie pełno restauracji, barów i innych atrakcji, które przyciągają młodych ludzi. Przesiadywanie w namiocie i popijanie jednego piwa za drugim trudno nazwać himalaizmem – wyrzucił z siebie Hillary w 2003 r. podczas uroczystości upamiętniającej jego pierwszą wspinaczkę. Przemowę zakończył dosadnym stwierdzeniem – To, co się teraz dzieje pod Everestem, to jedno wielkie g...
12 lat temu na Evereście rozegrała się tragedia. Między 10 a 13 maja 1996 r. życie straciło ośmiu alpinistów. Wielu sądziło, że wydarzenia te zniechęcą niedoświadczonych wspinaczy do prób zdobywania szczytu. Błąd. W 1996 r. na górę weszło 98 ludzi, w maju 2007 r. już 525 wspinaczy. W ich otoczeniu pracowało setki ludzi, jako tragarze, kucharze, pomywacze, pastuchowie jaków i przewodnicy. Bazy główne – zwłaszcza ta po tybetańskiej stronie – wyglądają teraz jak miasteczka robotnicze.
Podczas mojej pierwszej próby zdobycia Mount Everestu, na początku maja 2004 r., dotarłem do trasy w Tybecie. U wejścia doniej stało około 80 chińskich i tybetańskich namiotów, umieszczonych na wysokości 5,2 tys. m n.p.m. Na morenie polodowcowej naprzeciwko chińskiego obozu powstała kolejna taka kolonia namiotów. Wszędzie pełno było szyldów z kartonu, z napisami „Hotel California” albo „The Everest Bed and Breakfast”. Z magnetofonów pobrzmiewał amerykański pop i właściwie każdą zachciankę można było tutaj spełnić: jedzenie, alkohol, łóżko na noc i oczywiście także prostytutki. Zagadnął mnie pewien mężczyzna, wskazał na namiot pełen Chinek i zaczął wyliczać oferowane usługi i ich ceny. Później wielu lekarzy opowiadało mi, że obecnie leczą tu już nie tylko zwykłe dolegliwości wspinaczy, takie jak choroba wysokościowa czy odmrożenia, zmuszeni byli także zająć się chorobami wenerycznymi.
niedziela, 29 czerwca 2008
Polowanie na lepszą pracę
Pracy szukają już nie tylko bezrobotni. Osoby, które mają zatrudnienie również przeglądają oferty. Liczą, że znajdą coś lepszego. Twierdzą, że w ich słowniku nie funkcjonuje sformułowanie: jedna praca do emerytury. Powtarzają, że nigdy nie jest tak, by nie mogło być lepiej. Są mobilni i nie jest dla nich problemem przenieść się do innego regionu kraju, czy za granicę. Pracę są w stanie zmienić w każdym momencie.
Taką właśnie osobą jest Marta, która pracuje jako fakturzystka w dużym międzynarodowym koncernie. Codziennie przegląda oferty w sieci.
- Szukam czegoś innego, ale oczywiście zgodnie z profesją. Zależy mi na wyższych zarobkach. Na razie nie mamy dzieci, mój mąż pracuje za granicą od lat. Przyjeżdża co miesiąc na kilka dni. Mamy konkretne wymagania finansowe, chcemy żyć na poziomie. Dlatego jak tylko znajdę dobrą ofertę, nawet w innej części kraju, przeniosę się, dla mnie to nie jest żaden problem – mówi Marta Kurdycka, mieszka w Warszawie.
Piotr, grafik, chociaż ma pracę, którą zazdroszczą mu znajomi, też poluje na lepszą ofertę.
- Dla mnie akurat pieniądze to nie wszystko. Obecnie dość dobrze zarabiam, ale chciałbym mieć pracę, w której mógłbym się bardziej wykazywać. Ciągle szukam i wiem, że wreszcie znajdę coś co zaspokoi moje ambicje. Wybieram się na rozmowy kwalifikacyjne, dzwonię, wysyłam CV, jestem panem własnego losu – mówi Piotr Biernaś, grafik z Opola.
Idealna praca, czyli jaka? Jak długo trzeba szukać, ile razy zmienić zatrudnienie, by w końcu trafić na to, co będzie nam pasować i finansowo, i ambicjonalnie. Psychologowie mówią, że najczęściej po 2 latach szukania pracownicy trafiają na wymarzone zajęcie. - Stajemy się coraz bardziej mobilni, do tego rynek coraz bardziej staje się rynkiem pracownika. Wiadomo, że nawet osoby, które mają prace będą rozglądać się za czymś innym. I nie tylko chodzi o pieniądze, czy np. nieprawidłowe traktowanie przez szefa. Stagnacja również powoduje, że pracownik czuje, że musi odejść do innej pracy. Psychologowie posługują się umownymi terminami, ale wiadomo, że w każdym przypadku jest inaczej. Ktoś szuka przez miesiąc wymarzonej pracy, ktoś inny dziesięć lat. Tu nie ma reguły. Ważne jest by próbować coś zmienić, jeśli nam to nie pasuje – mówi Renata Telega, psycholog, doradca zawodowy.
Polowanie na ofertę jest ci bliskie? Czy może wychodzisz z założenia, że mając pracę, nie ma potrzeby szukać nowej.
oferty pracy w Szwecji
Tags: oferty pracy
Taką właśnie osobą jest Marta, która pracuje jako fakturzystka w dużym międzynarodowym koncernie. Codziennie przegląda oferty w sieci.
- Szukam czegoś innego, ale oczywiście zgodnie z profesją. Zależy mi na wyższych zarobkach. Na razie nie mamy dzieci, mój mąż pracuje za granicą od lat. Przyjeżdża co miesiąc na kilka dni. Mamy konkretne wymagania finansowe, chcemy żyć na poziomie. Dlatego jak tylko znajdę dobrą ofertę, nawet w innej części kraju, przeniosę się, dla mnie to nie jest żaden problem – mówi Marta Kurdycka, mieszka w Warszawie.
Piotr, grafik, chociaż ma pracę, którą zazdroszczą mu znajomi, też poluje na lepszą ofertę.
- Dla mnie akurat pieniądze to nie wszystko. Obecnie dość dobrze zarabiam, ale chciałbym mieć pracę, w której mógłbym się bardziej wykazywać. Ciągle szukam i wiem, że wreszcie znajdę coś co zaspokoi moje ambicje. Wybieram się na rozmowy kwalifikacyjne, dzwonię, wysyłam CV, jestem panem własnego losu – mówi Piotr Biernaś, grafik z Opola.
Idealna praca, czyli jaka? Jak długo trzeba szukać, ile razy zmienić zatrudnienie, by w końcu trafić na to, co będzie nam pasować i finansowo, i ambicjonalnie. Psychologowie mówią, że najczęściej po 2 latach szukania pracownicy trafiają na wymarzone zajęcie. - Stajemy się coraz bardziej mobilni, do tego rynek coraz bardziej staje się rynkiem pracownika. Wiadomo, że nawet osoby, które mają prace będą rozglądać się za czymś innym. I nie tylko chodzi o pieniądze, czy np. nieprawidłowe traktowanie przez szefa. Stagnacja również powoduje, że pracownik czuje, że musi odejść do innej pracy. Psychologowie posługują się umownymi terminami, ale wiadomo, że w każdym przypadku jest inaczej. Ktoś szuka przez miesiąc wymarzonej pracy, ktoś inny dziesięć lat. Tu nie ma reguły. Ważne jest by próbować coś zmienić, jeśli nam to nie pasuje – mówi Renata Telega, psycholog, doradca zawodowy.
Polowanie na ofertę jest ci bliskie? Czy może wychodzisz z założenia, że mając pracę, nie ma potrzeby szukać nowej.
oferty pracy w Szwecji
Tags: oferty pracy
Niemcy nie chcą polskich pracowników
Niemiecki rząd zamierza przedłużyć o kolejne dwa lata ograniczenia dla obywateli z Europy Środkowowschodniej na swoim rynku pracy. Oznacza to, że m.in. Polacy będą mogli podejmować pracę w Niemczech dopiero od 2011 r.
Jak wyjaśnił minister budownictwa i transportu Wolfgang Tiefensee, rząd w Berlinie chce w ten sposób chronić zwłaszcza słabsze gospodarczo wschodnie regiony Niemiec. Podkreślił, że potrzebują one wydłużenia ograniczeń, aby przygotować się na późniejsze otwarcie rynku pracy.
Wolfgang Tiefensee przypomniał, że Niemcy już stopniowo otwierają swój rynek pracy dla specjalistów z Europy Środkowowschodniej, między innymi dla inżynierów czy lekarzy. Jednak, jego zdaniem, ze względu na wysokość zarobków wybierają oni kraje takie jak Wielka Brytania.
Niemiecki rząd zapowiada, że ostateczną decyzję w sprawie przedłużenia restrykcji podejmie jesienią. Koalicyjne CDU i SPD osiągnęły jednak w tej sprawie porozumienie - wynika z relacji mediów.
Przeciwko liberalizacji ograniczeń dostępu do niemieckiego rynku pracy wypowiadają się związki zawodowe. Z kolei niemieccy przedsiębiorcy wzywają skrócenia blokady niemieckiego rynku pracy dla pracowników z Europy Środkowowschodniej.
Jak wyjaśnił minister budownictwa i transportu Wolfgang Tiefensee, rząd w Berlinie chce w ten sposób chronić zwłaszcza słabsze gospodarczo wschodnie regiony Niemiec. Podkreślił, że potrzebują one wydłużenia ograniczeń, aby przygotować się na późniejsze otwarcie rynku pracy.
Wolfgang Tiefensee przypomniał, że Niemcy już stopniowo otwierają swój rynek pracy dla specjalistów z Europy Środkowowschodniej, między innymi dla inżynierów czy lekarzy. Jednak, jego zdaniem, ze względu na wysokość zarobków wybierają oni kraje takie jak Wielka Brytania.
Niemiecki rząd zapowiada, że ostateczną decyzję w sprawie przedłużenia restrykcji podejmie jesienią. Koalicyjne CDU i SPD osiągnęły jednak w tej sprawie porozumienie - wynika z relacji mediów.
Przeciwko liberalizacji ograniczeń dostępu do niemieckiego rynku pracy wypowiadają się związki zawodowe. Z kolei niemieccy przedsiębiorcy wzywają skrócenia blokady niemieckiego rynku pracy dla pracowników z Europy Środkowowschodniej.
sobota, 28 czerwca 2008
Jakie podwyżki dla nauczycieli
Nauczyciele dyplomowani otrzymają maksymalnie 50 zł podwyżki, ale początkujący nauczyciele-stażyści zarobią w przyszłym roku o 450 złotych więcej - dowiaduje się "Gazeta Prawna".
Z informacji gazety wynika, że tzw. kwota bazowa dla nauczycieli wzrośnie w 2009 r. nie mniej niż 3,9 proc. i wyniesie 2155 zł. Rząd chce jednak zróżnicować skalę podwyżek dla poszczególnych grup nauczycieli w zależności od ich stażu pracy.
W przyszłym roku równowartość kwoty bazowej powinni zarobić najmłodsi nauczyciele-stażyści. Wiceminister edukacji Krystyna Szumilas zapowiada, że ich średnie wynagrodzenie będzie równe kwocie bazowej (obecnie 82 proc.). Według wyliczeń "GP", otrzymają więc średnio 450 zł podwyżki. Nauczyciele dyplomowani, najbardziej doświadczeni, mogą liczyć najwyżej na 50 zł, a mianowani na 147 zł.
Rząd chce przyciągnąć młodych nauczycieli do szkół.
Rząd proponuje takie rozwiązanie, bo zamierza zmniejszyć dysproporcje między nauczycielami z dużym i małym stażem. Obecnie wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosi 225 proc. pensji stażysty. Od przyszłego roku będzie to 180 proc. Rząd argumentuje, iż taka zmiana przyciągnie do szkół młodych zdolnych absolwentów.
oferty pracy w Norwegii
Tags: oferty pracy
Z informacji gazety wynika, że tzw. kwota bazowa dla nauczycieli wzrośnie w 2009 r. nie mniej niż 3,9 proc. i wyniesie 2155 zł. Rząd chce jednak zróżnicować skalę podwyżek dla poszczególnych grup nauczycieli w zależności od ich stażu pracy.
W przyszłym roku równowartość kwoty bazowej powinni zarobić najmłodsi nauczyciele-stażyści. Wiceminister edukacji Krystyna Szumilas zapowiada, że ich średnie wynagrodzenie będzie równe kwocie bazowej (obecnie 82 proc.). Według wyliczeń "GP", otrzymają więc średnio 450 zł podwyżki. Nauczyciele dyplomowani, najbardziej doświadczeni, mogą liczyć najwyżej na 50 zł, a mianowani na 147 zł.
Rząd chce przyciągnąć młodych nauczycieli do szkół.
Rząd proponuje takie rozwiązanie, bo zamierza zmniejszyć dysproporcje między nauczycielami z dużym i małym stażem. Obecnie wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosi 225 proc. pensji stażysty. Od przyszłego roku będzie to 180 proc. Rząd argumentuje, iż taka zmiana przyciągnie do szkół młodych zdolnych absolwentów.
oferty pracy w Norwegii
Tags: oferty pracy
czwartek, 26 czerwca 2008
Fala w pracy
Konflikty pokoleniowe wśród pracowników to problem w niejednej firmie. Co zrobić, żeby i młodym i doświadczonym pracowało się dobrze i by się uzupełniali, a nie wzajemnie zwalczali?
Jola (45 lat): jestem na marginesie
Czy rzeczywiście w firmach dochodzi do wojny pokoleniowej? Jola nie ma wątpliwości, że tak. Ma 45 lat i w firmie czuje się niepotrzebna, a nawet dyskryminowana przez młodszych pracowników. Dyrekcja zatrudnia młodych pracowników, którzy tworzą zgrany zespół. Jola znalazła się na marginesie. Twierdzi, że współpracownicy nie chcą z nią rozmawiać. Ma poczucie, że śmieją się z niej za jej plecami. Nie jest zapraszana na firmowe spotkania po pracy. A do tego, wszystkie bardziej odpowiedzialne zadania wykonują młodsi.
- Jestem księgową w firmie od 15 lat. Właściwie tworzyłam to przedsiębiorstwo od podstaw. Rok temu zmienił się kierownik, który zaczął „wymieniać” zespół na młodszy. Kilka osób równych mi stażem zwolnił, kilka osób odeszło, dwie osoby postanowiły założyć własny biznes. Ja postanowiłam pozostać, bo zawsze identyfikowałam się z firmą. Niestety do czasu. Po prostu źle się czuję, nikt nie chce słuchać o moich propozycjach rozwiązań finansowych. Zawsze dowiaduję się, że nie myślę przyszłościowo. Mam wrażenie, że kierownik chce mnie zwolnić, tylko brakuje mu argumentów. To przykre, że po tylu latach traktują człowieka jak śmiecia – pisze w mailu Jola.
Patti (29 lat): nęka mnie gang starych urzędasek
Internautka Patti również do nas napisała. Twierdzi, że czuje się dyskryminowana, tyle tylko że przez „gang starych urzędasek”.
- Wszystko zależy od tego, kogo w danej firmie jest więcej. W zespole, w którym pracuję, wszyscy oprócz mnie mają od 45 lat wzwyż. To same kobiety. Współpracownice są mi bardzo nieprzychylne. Gdy raz poprosiłam o pomoc, usłyszałam od 50 - letniej koleżanki, że jej nikt nie pokazywał jak się pracuje, „a my młodzi to tylko chcielibyśmy, żeby nam się podawało wszystko na tacy”. Innym razem usłyszałam, jak plotkują na mój temat. Mówiły, że jestem pupilkiem szefa i że cierpię na przerost ambicji, a kto wie, może nawet szef już się mną czule zaopiekował. To było straszne, popłakałam się, gdy to usłyszałam. Gdy idę korytarzem słyszę śmiechy dobiegające z pokoju, gdy otwieram drzwi wszystkie głosy milkną. Pewnego razu zapytałam głośno dlaczego tak mnie traktują i o co właściwie chodzi. Jedna osoba powiedziała, że „chyba coś mi się przyśniło i że jestem przewrażliwiona” – pisze wmailu Patti, ma 29 lat, pracuje w urzędzie jako referentka, zajmuje się problematyką oświatową.
agata 32: to po prostu była fala
Internautka, która podpisuje się „agata 32”, również na własnej skórze odczuła skutki wojny pokoleniowej. Twierdzi jednak, że dyskryminacja pracownika, przez grupę, to kwestia kultury osobistej.
- Jestem młoda pracowałam w firmie 6 lat i odeszłam, bo sytuacja stała się nie do wytrzymania. „Starzy mnie wygryzali”. To po prostu była „fala”. Moim zdaniem niezależna od wieku, tylko od kultury osobistej i uczciwości pozostałych pracowników – pisze agata 32.
Jola (45 lat): jestem na marginesie
Czy rzeczywiście w firmach dochodzi do wojny pokoleniowej? Jola nie ma wątpliwości, że tak. Ma 45 lat i w firmie czuje się niepotrzebna, a nawet dyskryminowana przez młodszych pracowników. Dyrekcja zatrudnia młodych pracowników, którzy tworzą zgrany zespół. Jola znalazła się na marginesie. Twierdzi, że współpracownicy nie chcą z nią rozmawiać. Ma poczucie, że śmieją się z niej za jej plecami. Nie jest zapraszana na firmowe spotkania po pracy. A do tego, wszystkie bardziej odpowiedzialne zadania wykonują młodsi.
- Jestem księgową w firmie od 15 lat. Właściwie tworzyłam to przedsiębiorstwo od podstaw. Rok temu zmienił się kierownik, który zaczął „wymieniać” zespół na młodszy. Kilka osób równych mi stażem zwolnił, kilka osób odeszło, dwie osoby postanowiły założyć własny biznes. Ja postanowiłam pozostać, bo zawsze identyfikowałam się z firmą. Niestety do czasu. Po prostu źle się czuję, nikt nie chce słuchać o moich propozycjach rozwiązań finansowych. Zawsze dowiaduję się, że nie myślę przyszłościowo. Mam wrażenie, że kierownik chce mnie zwolnić, tylko brakuje mu argumentów. To przykre, że po tylu latach traktują człowieka jak śmiecia – pisze w mailu Jola.
Patti (29 lat): nęka mnie gang starych urzędasek
Internautka Patti również do nas napisała. Twierdzi, że czuje się dyskryminowana, tyle tylko że przez „gang starych urzędasek”.
- Wszystko zależy od tego, kogo w danej firmie jest więcej. W zespole, w którym pracuję, wszyscy oprócz mnie mają od 45 lat wzwyż. To same kobiety. Współpracownice są mi bardzo nieprzychylne. Gdy raz poprosiłam o pomoc, usłyszałam od 50 - letniej koleżanki, że jej nikt nie pokazywał jak się pracuje, „a my młodzi to tylko chcielibyśmy, żeby nam się podawało wszystko na tacy”. Innym razem usłyszałam, jak plotkują na mój temat. Mówiły, że jestem pupilkiem szefa i że cierpię na przerost ambicji, a kto wie, może nawet szef już się mną czule zaopiekował. To było straszne, popłakałam się, gdy to usłyszałam. Gdy idę korytarzem słyszę śmiechy dobiegające z pokoju, gdy otwieram drzwi wszystkie głosy milkną. Pewnego razu zapytałam głośno dlaczego tak mnie traktują i o co właściwie chodzi. Jedna osoba powiedziała, że „chyba coś mi się przyśniło i że jestem przewrażliwiona” – pisze wmailu Patti, ma 29 lat, pracuje w urzędzie jako referentka, zajmuje się problematyką oświatową.
agata 32: to po prostu była fala
Internautka, która podpisuje się „agata 32”, również na własnej skórze odczuła skutki wojny pokoleniowej. Twierdzi jednak, że dyskryminacja pracownika, przez grupę, to kwestia kultury osobistej.
- Jestem młoda pracowałam w firmie 6 lat i odeszłam, bo sytuacja stała się nie do wytrzymania. „Starzy mnie wygryzali”. To po prostu była „fala”. Moim zdaniem niezależna od wieku, tylko od kultury osobistej i uczciwości pozostałych pracowników – pisze agata 32.
Z mundurkami koniec
Od września ze szkół znikną obowiązkowe mundurki. Dyrektor szkoły, a nie rada gminy, będzie też decydować o darmowych obidach dla ubogich uczniów.
Ujednolicona nowelizacja ustawy przewiduje m.in. likwidację obowiązkowych strojów jednolitych w szkołach podstawowych i gimnazjach. Dyrektor będzie mógł wprowadzić mundurki, ale po uzyskaniu opinii samorządu, rady pedagogicznej i rady rodziców. Domicela Kopaczewska, poseł sprawozdawca, uważa, że nowe przepisy będą obowiązywać od 1 września tego roku.
Posłowie utrzymali przepis, zgodnie z którym zdolni uczniowie, którzy mają z zachowania ocenę niższą od dobrej, nie otrzymają stypendiów naukowych. Zrezygnowali jednak z rozwiązania zobowiązującego strażników miejskich do informowania dyrektorów szkół o uczniach przebywających w miejscach publicznych podczas lekcji. Ponadto dodali przepisy umożliwiające dyrektorom szkół zwalnianie uczniów z opłat za posiłki.
- Obecnie w każdym przypadku o zwolnieniu muszą decydować rady gminy w drodze uchwały - mówi "Gazecie Prawnej" Wojciech Lachowicz z Regionalnej Izby Obrachunkowej w Krakowie.
W dużych gminach przepis ten utrudnia funkcjonowanie rad i pomoc uczniom.
- Nowelizacja ma też wprowadzić duże zmiany dla nauczycieli. Przede wszystkim ureguluje zasady wynagradzania osób pracujących przy ustnych egzaminach maturalnych. Nauczyciele-egzaminatorzy będą w nich uczestniczyć w ramach tygodniowego obowiązkowego wymiaru godzin dydaktycznych. Za czas pracy przekraczający ten wymiar będą otrzymywać wynagrodzenie jak za godziny ponadwymiarowe. Ponadto nauczyciele przed nawiązaniem stosunku pracy będą musieli przedstawić dyrektorowi szkoły zaświadczenie z Krajowego Rejestru Karnego (KRK). Natomiast stażyści i nauczyciele kontraktowi będą podlegać odpowiedzialności dyscyplinarnej.
oferty pracy w Holandii
Tags: oferty pracy
Ujednolicona nowelizacja ustawy przewiduje m.in. likwidację obowiązkowych strojów jednolitych w szkołach podstawowych i gimnazjach. Dyrektor będzie mógł wprowadzić mundurki, ale po uzyskaniu opinii samorządu, rady pedagogicznej i rady rodziców. Domicela Kopaczewska, poseł sprawozdawca, uważa, że nowe przepisy będą obowiązywać od 1 września tego roku.
Posłowie utrzymali przepis, zgodnie z którym zdolni uczniowie, którzy mają z zachowania ocenę niższą od dobrej, nie otrzymają stypendiów naukowych. Zrezygnowali jednak z rozwiązania zobowiązującego strażników miejskich do informowania dyrektorów szkół o uczniach przebywających w miejscach publicznych podczas lekcji. Ponadto dodali przepisy umożliwiające dyrektorom szkół zwalnianie uczniów z opłat za posiłki.
- Obecnie w każdym przypadku o zwolnieniu muszą decydować rady gminy w drodze uchwały - mówi "Gazecie Prawnej" Wojciech Lachowicz z Regionalnej Izby Obrachunkowej w Krakowie.
W dużych gminach przepis ten utrudnia funkcjonowanie rad i pomoc uczniom.
- Nowelizacja ma też wprowadzić duże zmiany dla nauczycieli. Przede wszystkim ureguluje zasady wynagradzania osób pracujących przy ustnych egzaminach maturalnych. Nauczyciele-egzaminatorzy będą w nich uczestniczyć w ramach tygodniowego obowiązkowego wymiaru godzin dydaktycznych. Za czas pracy przekraczający ten wymiar będą otrzymywać wynagrodzenie jak za godziny ponadwymiarowe. Ponadto nauczyciele przed nawiązaniem stosunku pracy będą musieli przedstawić dyrektorowi szkoły zaświadczenie z Krajowego Rejestru Karnego (KRK). Natomiast stażyści i nauczyciele kontraktowi będą podlegać odpowiedzialności dyscyplinarnej.
oferty pracy w Holandii
Tags: oferty pracy
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)